Mimo to zdwoiłem czujność znacznie wcześniej, gdyśmy tylko dotarli do pierwszych krzaków. Z tego powodu nie mogłem oglądać się za siebie. Zwróciłem uwagę towarzyszy na grożące niebezpieczeństwo, pozostawiając ich własnej przemyślności.Jechaliśmy naprzód w głębokiej ciszy. Wskutek rozmiękłego terenu nie słychać było uderzeń kopyt. Chwilami tylko rozlegał się trzask gałęzi, muśniętej przez konia lub jeźdźca. Natężyłem wzrok i słuch; dzięki temu usłyszałem coś, co w normalnych warunkach z pewnością byłoby uszło mej uwagi. Miałem wrażenie, że słyszę głos ludzki, przytłumiony gęstwiną krzaków. Pst, cicho, słyszałem coś rzekłem, wstrzymując konia.Znowu dobiegło mnie, tym razem wyraźniej: Faryahad, faryahad!Słowo to oznacza po persku „na pomoc!”. Jak wiadomo, ludzie na obczyźnie, władający nawet biegle obcym językiem, w chwili przerażenia lub niebezpieczeństwa wydają zwykle okrzyki w ojczystym języku. Wielkie nieba! Gdzie mister Dżafar? zapytałem. Nie ma go, znowu został w tyle odpowiedzieli towarzysze, a Perkins, jadący ostatni w szeregu, dodał: Mam wrażenie, że jedzie tuż za mną.

(Reklama: pozycjonowanie )
